Z profesorem Leszkiem Zygnerem, mławianinem, historykiem, rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej rozmawiamy o reformie szkolnictwa wyższego, o Mławie dawnej i dzisiejszej i o sztuce, jaką jest uczenie innych.
Podobno pana rodzice byli wyjątkowymi ludźmi. Wielu mławian do dziś pamięta modelarnię pana ojca – to on zaszczepił u profesora tę miłość do nauki?
Moi rodzice – dziś mogę to powiedzieć za całą odpowiedzialnością – byli nauczycielami z powołania. Tata, Roman Zygner, niemal do samej śmierci uczył w mławskich szkołach. Był nauczycielem przez ponad pół wieku. Wiele osób kojarzy go jednak właśnie z modelarnią, która działała w dawnym Domu Harcerza. To była chyba jego największa pasja, poza naukami ścisłymi i wędkowaniem. Myślę, że wiele osób wspomina go nie tylko jako nauczyciela, ale ma w pamięci obraz samolotu, który dzięki niemu przez wiele lat stał przed Domem Harcerza oraz organizowane przez niego pokazy modeli samolotowych. Również moja mama, Krystyna Zygner, była nauczycielką, ale przedszkolną. Po wojnie, kiedy brakowało nauczycieli, rodzice rozpoczynali swoją pracę pedagogiczną w Morawach. Potem powrócili do Mławy. Ja już Moraw nie pamiętam. Znam je tylko z rodzinnych opowieści. Od dzieciństwa związany byłem z Mławą. Natomiast zamiłowanie do nauki rzeczywiście zawdzięczam po części swemu tacie – potrafił zainteresować, nieraz rozbawić, ale też wymagał, i to było „zaraźliwe” dla wielu jego wychowanków.
Pan postanowił zostać historykiem…
Nie od razu. W młodości bardziej pociągała mnie chemia czy mikrobiologia, potem rozkochałem się w filozofii i teologii, natomiast historia była dla mnie bardziej przygodą niż nauką. Swoistą przestrzeń wolności dawał mi zawsze Kościół. Stąd pierwszy doktorat obroniłem w Warszawie właśnie z teologii, a dopiero dwa lata później obroniłem w Toruniu doktorat z historii. Natomiast habilitacja była już całkowicie historyczna.
Z Państwową Wyższą Szkołą Zawodową w Ciechanowie jest pan związany od…
Od 2009 roku. Wcześniej, przez 12 lat, pracowałem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, w Zakładzie Historii Kościoła, choć interesowały mnie zawsze dwie epoki – średniowiecze i historia XX wieku. To zwróciło uwagę moich kolegów, którzy skierowali mnie do pracy w Instytucie Maxa Plancka w Getyndze. Spędziłem tam 8 lat. To była wyjątkowa okazja do zetknięcie się z „wielką nauką” i nawiązania bliskich kontaktów z kolegami z najważniejszych ośrodków badań historycznych w Europie. Do dziś wielu z nich zaprasza mnie na konferencje i do wspólnych programów badawczych, choć tylko niektórzy tak naprawdę wiedzą, gdzie leży Mława czy Ciechanów. A ja też, niestety, nie na wszystko mam czas.
Zaraz po powrocie z Niemiec podjąłem pracę w PWSZ, choć ciągle pracowałem na pierwszym etacie na uniwersytecie w Toruniu. Żeby bardziej związać się z naszą uczelnią, musiałem rozstać się z uniwersytetem. Oczywiście nie całkowicie. Pojawiam się tam od czasu do czasu, uczestniczę we wspólnych projektach, ale już od sześciu lat nie jestem pracownikiem UMK.
Tytuł profesora to w pana przypadku zwieńczenie naukowej kariery?
To pewien etap mojego naukowego rozwoju. Ponieważ pełnię funkcję rektora to zgodnie z prawem na stanowisko profesora mógł mnie mianować tylko minister. Natomiast jest jeszcze tytuł profesora belwederskiego, po który mogę sięgnąć. Do zbawienia nie jest to jednak koniecznie potrzebne, więc daleki jestem od wszelkich „wyścigów szczurów”, na którą to chorobę cierpi wielu naukowców, zwłaszcza młodego pokolenia. Z perspektywy lat i moich zagranicznych doświadczeń, patrzę na to zupełnie inaczej. Nie posiadane tytuły świadczą o dobrym specjaliście w danej dziedzinie. Z medycyny chociażby wiemy, że „doktor doktorowi nierówny” i z profesorami bywa podobnie.
Teraz sen z powiek spędza panu reforma szkolnictwa wyższego?
Bez specjalnych emocji, ale jestem nią bardzo zainteresowany, jak większość rektorów. Jeśli zostanie wdrożona, to zmiany zaczną się od przyszłego roku akademickiego i przede wszystkim będą dotyczyły wiodących uczelni w kraju. Dla naszego regionu ważniejsze jest to, że bardzo mocno akcentuje się w przygotowywanym projekcie ustawy rolę uczelni zawodowych. Między innymi planuje się też zmianę nazwy z „wyższa szkoła zawodowa” na „uczelnię zawodową”. To z pewnością ułatwi wielu osobom rozróżnianie szkolnictwa zawodowego przedmaturalnego od wyższego. Warto jednak dodać, że trwa debata nad wieloma szczegółami tej reformy, m.in. dotyczącymi pracowników naukowych (od tej pory będą dwie ścieżki kariery – naukowa i dydaktyczna), nad „doktoratami wdrożeniowymi”, „uczelniami flagowymi”. Wiele zmian będzie dotyczyło też studentów i długości studiów, zwłaszcza studiów zaocznych.
Rozmawiała Agnieszka Milewska
Cały wywiad z profesorem Leszkiem Zygnerem można przeczytać w kwartalniku „Mława Life”. Gazeta jest dostępna bezpłatnie w naszej redakcji przy Al. Piłsudskiego 5A oraz w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mławie.
niech pan profesor zajmie się lepiej zakłamaną historią III RP,ciekaw jestem co miałby do powiedzenia w tej kwestii jako historyk